Z Tomaszem Ballaunem rozmawia Marcin Wilkowski
W niedawnym waszym wywiadzie dla City Magazine 13(18) 2002 znalazło się dość mocne stwierdzenie dotyczące yassu. Co się stało z tą muzyką, że zasłużyła sobie akurat na takie oceny?
Jeżeli chodzi o twoje pytanie to jest to dość złożona sprawa.
Stwierdzenie że Yass to "popelina" jest moim zdaniem mocno przesadzone, a niestety padło ono w wywiadzie dla CM i szczerze mówiąc zostało przez dziennikarza trochę wyrwane z kontekstu. Yass był zjawiskiem, rewolucją muzyczną, która odcisnęła ogromne piętno na gdańskiej scenie underground, a także na polskiej muzyce w ogóle. Zasługi muzyków Yassowych są naprawdę wielkie. No ale wszystko ma swój początek i koniec. Trzeba ustąpić miejsca nowej generacji młodych artystów. Yass może być z tej perspektywy, dla tych młodych ludzi czymś mało progresywnym, dobrze znajomym, jak znoszone stare buty, które trzeba wymienić na nowe. Teraz wszyscy preferują brzmienia elektroniczne, a poszukiwania muzycznych inspiracji ograniczają się z reguły do domowego zacisza i Internetu, kapci, wymiany plików i mp3.
Yass to przede wszystkim muzyka koncertowa stworzona przez grupę przyjaciół, stworzona w odpowiedzi na zgnuśniały jazzowy budyń i przesyconą kfasem gdańską scenę lat 90. Ale teraz przyszedł czas na coś nowego. Nowych ludzi, nowe działania, nową muzykę. Mam tylko nadzieję że to wszystko się razem zmiksuje i powstanie coś zupełnie nowego. Zobaczymy...
A w którą stronę będzie się szło? Czy przyszłość leży w produkowanych na domowym sprzęcie projektach, które wobec trudności związanych z cenami instrumentów, organizacją koncertów i znalezieniem szerszej grupy ludzi zainteresowanej tym, co się robi, wydają się być najłatwiej osiągalną formą robienia czegoś nowego?
Myślę że po części na pewno tak będzie. W przeciwieństwie do dobrej jakości komputera ceny instrumentów są kosmiczne, promocja w Internecie nic nie kosztuje i zawsze można nagrać CD na domowej nagrywarce. Miejmy nadzieję że muzyka nie stanie się jednak wyalienowanym tworem tworzonym przez egzaltowanych dupków, siedzących w gaciach przed monitorem. Wydanie płyty to tylko część sukcesu, najważniejszy jest kontakt z ludźmi. Taki kontakt daje zawsze nowe możliwości. Dlatego myślę że koncerty są tak samo ważne jak wydanie płyty, czy promocja w internecie... Czasami sobie myślę, że byłoby miło gdyby wszystkie ekipy zaczęły się ze sobą miksować - jassowcy z hiphopowcami (co już się zdarza), rockowcy z miłośnikami muzyki minimalistycznej, reggae z industrialem, sąsiadka z mojego bloku z salcesonem z Wtedy byłoby naprawdę super ;) Powstałaby nowa jakość.
Robi się cokolwiek nowego żeby tę nową jakość wygenerować?
Moim zdaniem na pewno się wiele dzieje, tylko jakoś o tym nie słychać w mediach... Ludzie siedzą w swoich piwnicach i garażach, i grają. Z drugiej strony jest ich naprawdę niewielu. Młodzież woli sportowe zażywanie dragów, niż mozolną pracę nad kompozycją, lub ćwiczenia z instrumentem. Granie muzyki to ciężka praca, zarówno fizyczna jak i praca z własnym EGO. To trudne. Trzeba dużo się uczyć.
Mimo tego powstaje sporo nowych projektów. Polska scena Hip Hop jest naprawdę super i rozwija się z kosmiczną prędkością. Paktofonika, Kaliber 44 i kilka innych polskich formacji ma bardzo wysoki poziom, godny pozazdroszczenia. Jeżeli chodzi o trochę inny rodzaj muzyki to bardzo ciekawym zespołem jest Robotobibok z Wrocławia. Grają naprawdę SUPER koncerty. Ciekawym zjawiskiem jest także Nowa Muzyka Improwizowana Zjazzd, której animatorami są Marek Rogulski i Tomek Szwelnik. Jest jeszcze Patryk Zakrocki z Warszawy ze swoim
Galimatjazzem. Podsumowując - nowych, prezentujących wysoki poziom formacji, jest w Polsce, a szczególnie Trójmieście niewiele. Może się gdzieś kryją i uderzą znienacka, tak że nam włosy na plecach dęba staną...? Mam taką nadzieję, chociaż nie mam włosów na plecach..

Hip hop... U mnie na osiedlu młodzież zmieniła dresy na szerokie spodnie i słucha recesyjnych tekstów o paleniu i o klatkach schodowych. Kilka wykrzyczanych tekstów chyba wystarczy, ale oni mają chyba tego całe płyty...
Myślę że to dobrze że zamienili ortaliony na szerokie spodnie. Lepiej
to wygląda ;)
Hip Hop w Polsce jest już subkulturą. Rzeczywiście teksty bywają czasami brutalne i wulgarne, ale taka chyba jest polska rzeczywistość .
Bardzo dobrze że hiphopowcy nie akceptują, nie są bierni. Już myślałem że młodzież to yuppie, bezmózgi, których jedynym celem jest dopasowanie się, za pomocą wazeliny, do wymagań społeczeństwa, albo, z drugiej strony młodzi kibice, którzy swoją karierę alkoholową zaczynają w wieku 13 lat.
A tutaj proszę... Tacy ludzie jak śp. Magik , grupa Kaliber 44, Paktofonika, Tede (Warszafski Deszcz) , Sto Procent Bawełny, Afrokolektyw i inni, naprawdę robią zajebiste rzeczy. My byliśmy Punkowcami, robiliśmy swoje, oni są hiphopowcami i też robią swoje. Chylę czoła.
Wprawdzie wysyp grup hip hopowych jest ogromny i na każdym blokowisku można znaleźć kilka, ale przetrwają tylko najlepsi. Nikt nie lubi szmiry i pieprzenia bez sensu. Ile można słuchać o ziomalach z osiedla i paleniu jointów..? Granica pomiędzy dobrą muzyką hip hop i popłuczynami już teraz wyraźnie się rysuje.
Dobrze, wróćmy może do Multiwitaminy.. Kolektyw w tworzeniu muzyki sprawdza się bardziej niż zespół? Jest w ogóle jakaś różnica?
Różnica jest niewielka. W założeniu Multiwitamina miała grać tylko koncerty w bardzo różnych składach. Miał to być raczej związek nieformalny, który jednak z czasem przekształcił się w bardziej zwartą grupę czterech muzyków. Teraz - po nagraniu materiału w studiu - Multiwitamina powróciła do poprzednich założeń i znowu stała się kolektywem koncertującym. Każdy z muzyków posiada swój własny projekt muzyczny, a Multiwitamina jest jakby dodatkowym środkiem wyrazu.
Nigdy nie byłem zwolennikiem autorytatywnych metod rządzenia w zespole, chociaż takie najlepiej się sprawdzają. Uważam że jeżeli muzycy mają doświadczenie, warsztat i przede wszystkim pokorę oraz potrafią się słuchać nawzajem, to muzyka, którą razem stworzą będzie naprawdę godna uwagi. Nie trzeba nikomu nic udowadniać. Fuzja umysłów pozwala na wygenerowanie interesujących rzeczy.
Jak rozpowszechniać efekty takich działań? Ukochany rynek muzyczny w Polsce na pewno tego nie ułatwia. Nadal nie znaleźliście wydawcy? Jak od strony techniczno-organizacyjnej wygląda załatwianie koncertów? A może grać na ulicy, jak Miłość w 89 przed kinem Polonia w Sopocie?
Myślę że przede wszystkim trzeba być konsekwentnym w działaniach. Konsekwentne działanie zawsze przynosi pozytywne efekty. Jeżeli nie uda się nam wydać płyty w wytwórni, to wydamy ją sami. Wyślemy do kilku stacji radiowych, sklepów itd. Może nasze działania nie będą tak spektakularne, ale na pewno nasza muzyka trafi do ludzi.
Poza tym każdy ma swój sposób na promocję. Np. ekstrawertyzm Tymańskiego doskonale sprawdza się we wszelkiego rodzaju skandalach, a rozdanie Fryderyków może tu być tylko jednym z przykładów.
Przede wszystkim słuchacze doceniają jednak po prostu dobrą muzykę. Muzykę, która stara się nie powielać wcześniejszych wzorów,
bezkompromisową w formie wyrazu, szczerą. Muzyka jest sztuką i moim zdaniem polega na przekazywaniu emocji. Wiadomo "artystą to się bywa" i nie każda płyta zasługuje od razu na miano "dzieła", ale my jako twórcy musimy dążyć do ideału - do ostatecznej ekspresji, do
zjednoczenia... a to nie takie proste.
A jeżeli chodzi o rynek muzyczny to już zupełnie inna historia...
W przypadku zespołów pop takich jak przysłowiowe już Ich Troje, nie ma o czym mówić. Jest to kompletnie poniżej krytyki i jakiegokolwiek poziomu artystycznego. Wiadomo że jak rodzimy artysta weźmie do zespołu "najlepszego" basistę w Polsce, do tego doda "najlepszego" w Polsce perkusistę, gitarzystę i klawiszowca, a oprócz tego nad jednym kawałkiem będzie siedzieć sztab ludzi, który za pomocą najnowszych technologii powycina wszelkie nierówności i usunie błędy, tato da układy i pieniądze na promocję, to płyta się sprzeda. Sprzeda się jak szampon, salami, śrubokręt czy pół litra wódki.
Do tego dochodzi jeszcze reklama w Telewizji Polskiej, czołowych stacjach radiowych, prasie muzycznej. Tuczą nas jak gęsi tym chłamem. A Polacy w dobie Lepperyzmu lubią bez
ą konsumpcję. Nie muszą
myśleć zbyt wiele, za bardzo się martwić. Ideał Polaka to tłusty Amerykanin z plikiem banknotów w kieszeni, któremu cycata blondyna podaje zimne drinki i od czasu do czasu poleruje głowicę. Kompletna
degrengolada i hedonizm. "Nie myślę, nie czuję - konsumuję".
To właśnie niezależne wytwórnie i niezależni artyści powinni zdemontować tą tzw. "KULTURĘ". Rozsadzić tą słodką bombonierkę z zapakowanymi w kolorowe papierki, pustymi w środku cukiereczkami. Nie
powinniśmy tolerować szmiry, kumoterstwa i głupoty.
Czy istnieje w Trójmieście miejsce, które mogłoby być utożsamiane z tym, co dzieje się tutaj niestandardowego, jak np. Mózg w Bydgoszczy..?
Na terenach Stoczni Gdańskiej powstaje obecnie nowe miejsce. Kreowane jest przez dwóch muzyków grupy Pancerne Rowery. Oprócz pubu z salą koncertową ma się tam znaleźć studio nagrań (!), pracownie dla artystów plastyków itp. Może wreszcie doczekamy się w Gdańsku miejsca w którym będzie można posłuchać dobrej muzyki, napić się piwa, i które stanie się centrum" jednoczącym artystów i wszelkich świrów z całego Trójmiasta.
Szelest Spadających Papierków, Multiwitamina... Co jeszcze?
Obecnie współpracuję z Wojtkiem Mazzolewskim w grupie Bassisters
Orchestra (szczegóły i mp3 na www.bassisters.prv.pl). Zespół daje mi możliwość zrealizowania pomysłów, których nie mogłem zrealizować grając w Multiwitaminie. Ramy muzyczne Multiwitaminy były jasno określone i ciężko było się przez nie przebić. Bassisters wykracza poza sztywne ramy i koncepcje. To mi bardzo odpowiada :)
Jeżeli chodzi o Szelest to jest to grupa bardzo efemeryczna i należy ją traktować bardziej jako zjawisko muzyczne niż zespół. Szelest został stworzony przez artystów i - moim zdaniem - również przekracza sztywne ramy i koncepcje. Szelest nadal funkcjonuje i prawdopodobnie będzie funkcjonował zawsze.
Obecnie próbuję współpracować z Michałem 'Miśkiem' Jarzębskim. Zobaczymy co z tego wyniknie. Pojawił się także Olaf, grający na trąbce ze Ścianką. Będziemy coś razem kombinować. Wszystko się wyłania z przestrzeni, swobodnie rozgrywają się sytuacje, potem wszystko się rozpuszcza i znika. Nie ma nic stałego. Dotyczy to także muzyki - ewolucja ciągle trwa. Ciągle pojawiają się nowe możliwości i nowi ludzie. Będziemy walczyć dalej..
Tomek Ballaun - Perkusjonalista, który już od kilku lat aktywnie działa na gdańskiej scenie underground. Wykorzystuje bardzo bogate instrumentarium, opierające się na instrumentach perkusyjnych i etnicznych. Do eksperymentów z dźwiękiem używa także maszyn oraz narzędzi elektrycznych takich jak wiertarki czy szlifierki. W 1994 roku związał się z sopocką formacją M994 grającą muzykę transową z elementami improwizacji. Koncerty grupy trwały nawet kilka godzin i często przeradzały się w performance. Później aktywnie udzielał się na scenie yassowej. Współpracował z Mikołajem Trzaską, Mazzolem, Jackiem Olterem, Gdańskiem 2000, współtworzył grupę Paralaksa, z którą nagrał płytę. Płytą zaowocowała także współpraca z Szelestem Spadających Papierków - legendarną trójmiejską formacją związaną z TOTARTEM. (Szelest Spadających Papierków "Płyta Redłowska" wyd. 1999r). Współtworzył muzykę do wielu przedstawień teatrów awangardowych. Zajmuje się także rysunkiem, poezją i grafiką komputerową.